Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 sierpnia 2011

Dania - finał

Moja przerwa w blogu to wynik wielu spraw, czasem również dla mnie mało przewidywanych i zrozumiałych.

Na koniec relacji - choć mocno rozciągniętej w czasie - parę spraw, o których raczej się nie pisze (pomijam obiekty zabytkowe - o nich każdy sobie poczyta).
Część zdjęć (z innego aparatu) jak odkopię, to dokleję w najbliższym tygodniu.


Domki w Danii są przede wszytkim jednorodzinne - niewielkie, porównując do naszych polskich, można powiedzieć, że to raczej większe letniaki niż domy do całorocznego zamieszkania.



W środku bardzo oszczędne, z zewnątrz niezbyt urozmaicone, choć nie ma też nudy architektonicznej, a widać wielką dbałość o stronę estetyczną.


Mają jeszcze jeden ciekawy zwyczaj - podobnie jak Holendrzy nie używają firanek ani zasłon, a przy tym lubują się w oświetleniu mniejszymi lampami, ale za to w dużych ilościach i takie lampy często można widzieć wieczorem przez okna z wnętrza domu, czasem też stojące wręcz na oknie. Daje to ciekawe wrażenie - polecam samemu sprawdzić - wrażenie oczywiście. :)





Cmentarze w Danii to rzecz osobliwa. Nie widziałem kopenhaskiego, byłem natomiast w mieście Helsingor, na północ od stolicy. To, co tam zobaczyłem, mocno rozmijało się z moim wyobrażeniem. Absolutnie nie przypominają polskich, może i też dlatego, że większość ciał zmarłych jest poddawana kremacji po śmierci. Sam obraz tych miejsc jest wyjątkowy, bardziej spokojny i mnie raczej przypomina park niż miejsce wiecznego spoczynku. Może to dlatego, że śmierć to w Danii temat tabu - podobno mieszkańcy tego kraju nie mówią o tym, bo to nieprzyjemne.
[foto]


I jeszcze znaki drogowe - być może szczegół, ale mnie to zawsze dziwi i zwracam na takie rzeczy uwagę - normalne, że w każdym kraju są inne, tutaj znowu kolejne nowości - wersja miejsko-ograniczono-miejscowa.
[znak Helsingor]

Tak przy okazji - miałem możliwość być na niedzielnej mszy w Helsingorze - polskie przyzwyczajenia (zależy kto do jakiego kościoła i gdzie chodzi) to zupełnie inny świat. Tutaj, w mieście 50-tysięcznym jest ok. 40-50 osób na takiej mszy, z tego połowę stanowią obcokrajowcy z Afryki i Azji.
Samodzielność jednak tak małej wspólnoty jest godna podziwu - tutaj nawet ogłoszenia parafialne czyta przewodniczący rady parafialnej, a ksiądz jest tylko po to, by odprawić mszę, wyspowiadać lub udzielić innych sakramentów. U nas rzecz na razie nie do pomyślenia. A żeby było ciekawiej, to po mszy Ci ludzie spotykają się na herbacie i ciastku, zapraszając też tych, którzy są przypadkowo w kościele.





Praktyczne rzeczy - krótki poradnik kierowcy:
- wjazd na autostradę nie jest jak w Polsce drogą podporządkowaną, lecz równorzędną, więc trzeba uważać, bo o stłuczkę nietrudno,
- kierowcy w tym kraju jeżdżą bardzo przepisowo, również jeśli chodzi o ograniczenie prędkości, a agresywne czy niecierpliwe zachowania na drodze to coś niespotykanego,
- bardzo wysoki priorytet mają rowerzyści i piesi na pasach i skrzyżowaniach, może to być wyzwanie dla kogoś, kto nie jest do tego przyzwyczajony (bardzo duża ilość dróg rowerowych, ale świetnie oznaczonych na skrzyżowaniach - niebieskie tło drogi dla cyklistów),
- policja duńska stoi w różnych miejscach, a w miastach czasem policjant siedzi w samochodzie z przyciemnianymi szybami i robi zdjęcia fotoradarem; można też dostać taką fotografię z niezapiętymi pasami - krąży taka anegdota o Duńczyku, który wracał się dwa razy, bo radar zrobił mu zdjęcie mimo tego, że jechał z przepisową prędkością. Gdy zgłosił się na policję, dowiedział się, że chodziło o niezapięte pasy. :)  Widać, że poczucie sprawiedliwości u Duńczyków jest duże i tak samo egzekwowane są przepisy.
- mandaty są bardzo drogie, więc dosłownie nie opłaca się łamać przepisów - np. złe parkowanie 800 DKK, czyli ok. 400 zł.

Jeśli ktoś ma jakieś dodatkowe informacje, to komentarz mile widziany - oszczędzi to niespodzianek tym, którzy może to przeczytają przed przyjazdem do tego kraju.

Gdyby nie Wiesiek - baczny obserwator życia w Danii, specjalista od historii i obyczajów części tego kraju - połowy z tych informacji nie miałbym szans się dowiedzieć, bo żadna książka (tym bardziej zdawkowy przewodnik) nawet najlepiej napisana, nie oddaje charakteru narodu i jego codziennego życia. Drugi człowiek jest niezastąpiony.

niedziela, 13 marca 2011

Dania - cz. 2.

W końcu mam chwilę na następną część relacji - widać, że Duńczykiem raczej nie będę :)

Trochę o stolicy - jest bardzo ciekawa, ładna i można wiele w niej zobaczyć, choć powiem szczerze, że nastawiałem się na większe bogactwo architektoniczne miasta.
Ze względu na nadmorską lokalizację Kopenhagi, w mieście czuć trochę ten klimat, choćby przez kanały, które wciskają się do środka i trochę zwiększają przestrzeń i tak przestronnego miasta.
Czasem można mieć mylne wrażenie, że już się jest gdzieś na nabrzeżu, za którym jest już tylko morze, a tu okazuje się, że wcale nie, bo dalej są budynki i... kolejny kanał (lub coś w tym stylu - gdyby to porównać do ulicy, to byłaby to taka ślepa morska droga kończąca się w mieście).




Nie brakuje też budynków typowych dla budownictwa europejskiego, np. ratusz miejski



Przy atrakcjach, które posiada Kopenhaga, nie mogę zapomnieć o jednym z najstarszych na świecie parków rozrywki - Tivoli. Jest położony w samym centrum miasta, obok głównego dworca kolejowego. Jeśli chodzi o atrakcyjność wyglądu, to zdecydowanie polecam wieczór.



Dość dobrze zorganizowany transport mają mieszkańcy stolicy, która sprawnie połączona jest z miastami znajdującymi się w odległości 50 km od niej. Ja na duńskie warunki stosunkowo niedroga kolej jest w przyzwoitym stanie (nie mówię o porównywaniu do polskiej), jeździ punktualnie (w dni powszednie co 10 minut, weekendy co 20). Automaty biletowe są na każdej stacji, można płacić kartą - choć jest tu jeden podstawowy błąd: instrukcje tylko po duńsku, ale wtedy zawsze można nawiązać kontakt jakąś tubylczynią, która zazwyczaj bardzo dobrze mówi po angielsku i chętnie pomoże :)







Sprawy ostateczne u tych wyspiarzy mają się ciekawie - oficjalną religią wpisaną do konstytucji jest luteranizm i każdy Duńczyk automatycznie po urodzeniu wpisywany jest do tego kościoła. Jeśli jest innego wyznania rodzina musi sama zadbać o to, żeby wpisać się do swojego kościoła. Z przynależnością do określonej religii wiąże się obowiązek płacenia na dany kościół podatku. Co ciekawe, że jeśli się jest niewierzącym, to owszem nie płaci się  podatku na rzecz kościoła, ale podobno jest wtedy jakiś inny podatek - państwo czuwa :)

Kościół luterański - Birkerød k. Kopenhagi

Na koniec tego wpisu jeszcze coś o kuchni - rzecze to dla mnie bardzo interesująca.
Otóż przykładowe duńskie drugie śniadanie (Frokost) składa się z takiej kanapki jak poniżej. Wydaje się, że to nie jest tak całkiem dużo, przynajmniej jak na męski żołądek. Ale pozory mylą - na szczęście :)



Mieszkańcy Danii nie używają herbaty - a jeśli, to w celach leczniczych lub podobnych. Piją dużo kawy, czasem mleko no i piwo oczywiście, choć to ich narodowe do specjałów wielkich nie należy. Co ciekawe, nie mają szklanek, używają najczęściej filiżanek.





No i na koniec - przysmaki, czyli ciasteczka z cynamonem i czymś jeszcze (już nie pamiętam z czym). Rewelacja dla podniebienia i żołądka.




Jeszcze parę rzeczy ciekawostek zostało na ostatni wpis - mam nadzieję, że już niedługo pojawi się tutaj.

czwartek, 10 lutego 2011

...w państwie duńskim

Zaledwie minęło kilka dni od powrotu, a już czuję uciekające z pamięci detale.
Jest tego trochę, więc sobie i czytającym będę dawkował w rozsądnych ilościach. Dziś cz. 1.

Pierwsze wrażenie - już na lotnisku, ale też i później przez cały czas to porządek i spokój. Duńczycy wcale nie sprawiają wrażenia zbytnio przejmujących się życiem, a tym bardziej biegających; wręcz na odwrót; jak mówi mój znajomy: cenią sobie święty spokój. Przez parę dni ani w stolicy, ani poza nią, w innych mniejszych miastach, czy tym bardziej na prowincji, nie widziałem ani jednego Duńczyka, który gdzieś by się spieszył, nie mówiąc o podbiegnięciu, np. na przejściu dla pieszych. Tak przy okazji, bardzo dziwnie czuje się człowiek przyzwyczajony do tego, że zielone na przejściu zanim zniknie, pomruga choć ze dwa razy wcześniej. Tu nie ma tak - zielone i czerwone np. w połowie jezdni, ale bez paniki, czas jest dobrze wyliczony nawet dla tych, którzy wejdą trochę później.
Ale też przy przejściach dla pieszych czy przejazdach rowerów, kierowcy bezwzględnie się zatrzymują, są zawsze w sytuacji podporządkowanej - na początku trudno w to uwierzyć :)



No i rowery - druga Holandia. W zasadzie w samej Kopenhadze, jak na tę porę roku, to bardzo dużo. Do tego tyle ścieżek rowerowych - dwupasmówek - że aż się chce jeździć. Tak samo pomiędzy małymi miejscowościami, zamiast chodników, ścieżki rowerowe.
Być może wiąże się to z inną cechą tej nacji - oszczędnością. Są tak oszczędni, że nawet pieniądze mają oszczędne - z dziurką w środku (monety od 1 do 5 koron).




Inna sprawa, że po wojnie w latach pięćdziesiątych, w Danii była straszna bieda. Wtedy też miał miejsce początek pierwszej emigracji, zwanej buraczaną. Duńczycy jedli wtedy przede wszystkim buraki i nimi płacili tym, którzy u nich pracowali. Podobno właśnie ten okres był dla nich szkołą oszczędności, którą do dziś pamiętają. Ma to o tyle ciekawy skutek, że w zasadzie nie biorą kredytów. Domy, samochody i inne rzeczy kupują z oszczędności. Jest w tym też spore ułatwienie - na początku każdy Duńczyk płaci bardzo małe podatki, które rosną wraz z czasem zatrudnienia. To pozwala najpierw na tzw. dorobienie się, a później, kiedy już pieniędzy mniej człowiekowi potrzeba, na opłaty, które pobiera państwo.




Symbolem Kopenhagi jest syrenka - ciekawe, czy warszawska była wcześniej?
W każdym razie jest to najpopularniejsza hostessa duńska, bo w tym narodzie rywalek nie ma za wiele, a szkoda :)

C.D.N.

Cały wpis - we wszystkich częściach - dedykuję Wieśkowi, z podziękowaniem.