
Osłabiło mnie niezwykle mocne doświadczenie ostatnimi czasy - spotkałem bowiem się z tym, że własne poglądy (istotne), słowa, zachowanie dostosowuje się do środowiska, ludzi, sytuacji, w których się przebywa.
Nie mam ma myśli tutaj radykalizmu w każdym, nawet najmniejszym szczególe, bo nie wiem, czy to jest możliwe.
Ale kwestie fundamentalne tak traktowane - rozbrajają... Po raz pierwszy od dawna czułem bezradność i zupełną niemoc.
Chyba wiem teraz jeszcze bardziej i lepiej rozumiem, co to znaczy ludzka wolność - nie można prawdomówności, stałości przekonań czy zachowań nikomu narzucić. Jednocześnie absurd ale i też granica wolności człowieka: widzieć, jak robi sobie szkodę lub jak błądzi i nie móc tego mu zabronić ani zrobić nic, czego on nie chce, żeby nie ingerować w jego wolną wolę.
To samo musi z człowieka wypływać.
Dojrzałość wewnętrzną nie zawsze zdobywa się z wiekiem, czasem można dorosnąć i twierdzić, że się jest dorosłym, a wewnątrz być nieukształtowanym, bez stałych zasad i przekonań.
Dla mnie (nie uważam się za w pełni ułożonego) taka sytuacja to dramat człowieka.