Jestem pod urokiem ostatniego niedzielnego wyjazdu, który moja Towarzyszka określiła mianem "mega hedonizmu". Nie powiem, żeby nie miała racji :) (choć pogląd taki kobiety z lubością chcą zakodować męskim umysłom).
Tak leniwego i błogiego - w znaczeniu odpoczywania fizycznego - wyjazdu w góry chyba jeszcze nie miałem.
Nie zdając sobie sprawy, że tego tak naprawdę po ostatnim miesiącu potrzebowałem, uzupełniłem również braki opalenizny, która dość żwawo i z niemałą dokładnością przytuliła się szczególnie do moich pleców podczas cudownej drzemeczki i tu zostawiła widoczne oraz gorące ślady swojej pieszczoty.
A wszystko to dzięki - oprócz wspomnianej już Turystce, w zasadzie (współ)autorce koncepcji odpoczynku - manowcom, nieopodal szczytu, na którym siedzący ludzie narzekali, że... ludzie chodzą w góry.
Więc tylko małe zboczenie z miejsca postoju, wyszukanie sobie w miarę słonecznego z awaryjnym cieniem i nieco przytulnego, odludnego miejsca dawało możliwość takiego właśnie pięknego czasu. Z właściwym, naturalnie, zapleczem kulinarnym, bo z pustym brzuchem ciut trudniej się weselić. :)
Evviva manowce, cudne manowce! :D
Beskid Wyspowy - to moje dzieciństwo :)
OdpowiedzUsuńOoo, to piękne dzieciństwo. Można zazdrościć :)
OdpowiedzUsuń